Doping w stylu MacGyvera. Czy możemy jeszcze mówić o duchu walki?

Kolarski świat nie jest mi obcy i wszyscy dobrze wiemy, że kiedy komuś idzie za łatwo w porównaniu z innymi zawodnika, to coś musi być na rzeczy. W ciągu lat polowań na Lance’a Armstronga zdążyły powstać setki teorii spiskowych dotyczących stosowania przez niego nielegalnych środków dopingujących, wszyscy wiemy z jakim skutkiem… kompletna dyskwalifikacja, utrata tytułów i dożywotni zakaz startu w wielu zawodach sportowych. Wszystko ku uciesze Davida Welsha, który jako jedyny dziennikarz za misję życiową (bo o zawodowej ciężko mówić po 10 latach) obrał sobie udowodnienie Armstrongowi fałszu.

Kiedy po latach walki, wydawałoby się, że rzekomo naturalnie wypracowana silna wola, która stanowiła siłę sprawczą w zdobywaniu kolejnych osiągnięć, fanów i szacunku kibiców, dla których LA był chodzącym autorytetem w każdej dziedzinie, możemy jeszcze mówić o jakimkolwiek duchu sportu?

Przypadek Lance’a to nie jedyny przykład wielkiego upadku wielkiego autorytetu, choć ze względu na czas trwania tych malwersacji, zdecydowanie wybitny i w sumie, chcąc nie chcąc, godny podziwu (ano godny, żeby w ciągu 12 lat startowania w różnych zawodach skutecznie przechodzić wszelkie badania? Aktualni zawodnicy pewnie serdecznie dziękują Armstrongowi, że był czynnikiem sprawczym, który popchnął medycynę sportową na bardzo szeroki i innowacyjny poziom, spryciarz).

Poza standardowymi badaniami na zawartość substancji dopingujących podczas świeżo zakończonego Tour de France, badaniom zostały poddane… sprzęty. Sami zawodnicy przed rozpoczęciem wyścigu standardowo zostali poddani badaniom, natomiast to co działo się podczas przejazdów, a właściwie po zakończeniu etapów to istny horror, na szczęście dla tego wymagającego sportu, bezkrwawy.

Myśląc o dopingu nikt nigdy nie zastanawia się nad jego szerokim wachlarzem występowania. Jedyne z czym go kojarzymy to doping farmakologiczny. Międzynarodowa Unia Kolarska wprowadziła (zresztą jak w każdym sporcie) wymagania dotyczące uwarunkowań technicznych sprzętu, których chcąc brać udział w zawodach, należy bezwzględnie przestrzegać. Niestety, cwaniactwa jak wszędzie, tak i w sporcie nie brakuje. Burze wszczął w 2010 roku, kolarz Fabian Cancellar, który ruszył z kopyta podczas jednego ze startów, na tyle szybko, że wzbudził zainteresowanie sędziów, którzy po odtworzeniu nagrań zanotowali dwukrotnie większą prędkość niż średnie tempo ruszania. Co nagle to po diable, do kąta, dyskwalifikacja. W 2014 powrócono do sprawy mechanicznych „doładowań” za sprawą niefortunnej wywrotki podczas Vuelta a Espana. Niefortunnej ze względu na spore obrażenia fizyczne, ale i pod kątem sokolego wzroku świadków zdarzenia, którzy zaobserwowali, że po upadku kolarza tylne kolo jego roweru pozostaje w stałym, niesłabnącym ruchu. Jak się później okazało wewnątrz ramy został zainstalowany mikrosilniczek, który dzielnie wspierał mięśnie rowerzysty (bo po takim incydencie kolarzem ciężko go nazwać) w trakcie podjazdów. Nie obyło się bez podobnych oskarżeń pod adresem tegorocznego zwycięscy Tour de France, Chrisa Frooma. Znienawidzony przez francuską część kibiców (ze względu na nieco narcystyczne postrzeganie siebie jako ulepszonej i młodszej wersji Armstronga- dla przypomnienia, przed aferą dopingową Lance wygrał TdF siedmiokrotnie, to wiecie) w trakcie przejazdu musiał znosić spore obciążenie fizyczne, spowodowane trasą, a także psychiczne, na które bezpośrednio wpływają czynniki takie, jak: prestiż wyścigu, adrenalina, spore pieniądz, no i nobilitacja po wygranej, a także sporadycznie splunięcia na twarz czy oblewanie moczem (tak, tak… to również miało miejsce, no cóż). Po przejechaniu ostatniego odcinka, który ostatecznie został zakończony 68km przed oficjalną linią mety, rower Frooma, jak i kilku zawodników, którzy znaleźli się w czołówce TdF, został poddany gruntownej kontroli, rozebrany na czynniki pierwsze, w celu odnalezienia tajemniczych udogodnień, silniczków czy innych sprężarek rodem z filmów MacGyvera.

Na szczęście niczego nie znaleziono. I dobrze, i bardzo dobrze. Z całym szacunkiem dla mediów, które tylko czekały na to, aż spece od wszystkiego odkryją zbędny element w budowie roweru, chociaż maluteńki mikrochip, ale całe piękno tego sportu w jednej chwili straciłoby jakikolwiek blask i stało się jedynie czynnikiem zapalnym, pożywką dla mas. A przecież można inaczej, zupełnie inaczej….

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *